KRÓTKA HISTORIA SUBIEKTYWNA „ŚMIAŁKÓW PRZESTRZENI”

7 października 2017 roku, jako były instruktor harcerski, zostałem zaproszony na jubileusz 60-lecia reaktywacji Hufca ZHP Warszawa Żoliborz. Uroczystość wypadła imponująco. Można było zobaczyć wielu ludzi, z którymi dzieliło się niegdyś czas. Można było z nostalgią powspominać stare dzieje. Zresztą, w czasie imprezy pokazywano prezentację multimedialną zawierającą fotki „Śmiałków Przestrzeni”. Przy tej okazji uświadomiłem sobie, że hufcowy jubileusz to również jubileusz środowiska harcerskiego, jakie powstało 60 lat temu przy Szkole Podstawowej 133, a które jako Szczep i Drużyna nosiło numer 120. To również 40 rocznica powstania „Śmiałków Przestrzeni”, z którymi byłem związany przez długie lata.

Ta świadomość zmobilizowała mnie do przypomnienia byłym harcerkom i harcerzom tej drużyny wspólnie przeżytych przygód. Stąd pomysł na tę stronę WWW, choć pierwsze przymiarki do zbudowania podobnej poczynił Andrzej "Ślimak" Bartoszewicz jeszcze w 2000 roku.

Współcześni harcerze i instruktorzy także znajdą tu coś dla siebie, bo strona z czasem obejmie również materiały metodyczne i szkoleniowe, jakie powstały lub były wykorzystywane w tej drużynie.

 

 

 Przed „Śmiałkami Przestrzeni”. Lata 1957-1974

Środowisko harcerskie noszące numer 120 powstało w 1957 roku, na fali odnowy harcerstwa w okresie „odwilży” politycznej, w oparciu o Szkołę Podstawową nr 133. Jednak niewiele udało się „odgrzebać” z tego okresu. Żadnych kronik, zapisków, zdjęć. Jedno, czy dwa pojedyncze nazwiska. Wśród nich dh Jerzy (?) Piątkowski, były członek Szarych Szeregów, z którym ze dwa razy miałem okazję rozmawiać (niestety, nie o drużynie "120"), a który działał w tym środowisku na samym początku.

Ewa Reinhard obóz harcerski 19570001

Jednak teraz można dorzucić niedużą garść dodatkowych informacji. W 1957, kiedy reaktywowano ZHP w czasie postalinowskiej "odwilży", było ogromne zapotrzebowanie na instruktorów harcerskich, a była ich tylko garstka: ci którzy przeżyli wojnę i niektórzy z tych, których zdążono wyszkolić między rokiem 1945 a 1949, kiedy zlikwidowano ZHP. A drużyny harcerskie powstawały teraz prawie w każdej szkole. Dlatego do pomocy angażowali się także harcerze przedwojenni, którzy nie będąc oficjalnie w ZHP, pomagali nowym drużynom organizować zbiórki. Okazało się ostatnio, dzięki temu, że byli "Śmiałkowie Przestrzeni" nadal utrzymują ze sobą kontakt za pomocą FB, że Mama dwóch naszych harcerzy działała w "120" w tych pionierskich latach 1957-1960. Przysłała nam nawet fotkę z pierwszego swojego obozu, którą tu zamieszczam. Dzięki niej dowiedziałem się, że wspomniany powyżej dh Piątkowski wraz ze swą żoną, pomagał rozwijać pracę harcerską właśnie w środowisku "120" (zresztą nie tylko w tym). Ponieważ w owym czasie nie było jeszcze harcówki w SP133, wiele zbiórek organizowano w prywatnym mieszkaniu państwa Piątkowskich. Niestety, wspomniana Mama nie pamięta już nazwiska swojej drużynowej, która na imię miała Basia. Za to pamięta, że komendantką letnich zgrupowań obozowych Hufca Żoliborz, w ramach których obozowały drużyny "120", była dh-na Bożenna Strzałkowska, późniejszy wieloletni komendant naszego Hufca. Mam nadzieję, że będę mógł tu pokazać również inne "artefakty" z tego okresu środowiska "120", bo ich poszukiwania się rozpoczęły.

Potem, gdzieś koło roku 1973, numer "120" zniknął z wykazu środowisk harcerskich Hufca ZHP W-wa Żoliborz.

1977-1979 – „Śmiałkowie Przestrzeni” w Szczepie 120 WDHiZ

Na jesieni 1977 roku przy SP 133 reaktywowano Szczep 120 Warszawskich Drużyn Harcerskich i Zuchowych, którego komendantką została phm Marzenna Lubańska. Przez pierwsze 3 miesiące działalności trwały przetasowania w drużynach, aż wreszcie w grudniu ostatecznie ustalił się podział na drużynę harcerek, harcerzy i dwie drużyny zuchowe. Harcerkom przewodziła dh-na Małgorzata Dudek, harcerzom… ja. Stąd mój podpis pod tym pierwszym rozkazem „Śmiałków Przestrzeni”, z 5 grudnia 1977. Z czasem doszła też drużyna harcerzy starszych dh-a Pawła Szejny.

1978 085 sie wrz 15

Patronem Szczepu był Alek Dawidowski, jeden z głównych uczestników akcji pod Arsenałem, którą przeprowadziły Grupy Szturmowe Szarych Szeregów. W ramach kampanii "Bohater", jaką zorganizował Szczep chcąc przybliżyć harcerzom postać patrona, odwiedziła nas p. Maria Dawidowska-Strzembosz, siostra Alka Dawidowskiego, którą "Śmiałkowie Przestrzeni" spotkali wtedy po raz pierwszy.

W tym czasie „Śmiałkowie Przestrzeni” nie byli liczną drużyną – liczyli 18 chłopców, a jej pierwszym przybocznym był, nieżyjący już, Marek Matczak. Jej harcerze nosili do munduru czarne berety i brązowe chusty.

1980-1982 – Samodzielność i... koedukacja

Drużyna „Śmiałkowie Przestrzeni” działała w Szczepie 120 WDHiZ do roku 1980, kiedy to po obozie nad jeziorem Licheńskim (Kępa/Julia) Szczep rozwiązano. Od tego momentu na terenie SP 133 działały już tylko dwie samodzielne drużyny harcerskie: chłopców „Śmiałkowie Przestrzeni” i dziewcząt „Boginie Wszechświata” (prowadzona przez dh-nę Joannę Stęporowską). Od listopada tegoż roku pojawiła się też drużyna (wg ówczesnej nomenklatury) zuchowa „Wikingowie”, którą prowadził dh Tomek Grabowski.

Usamodzielnienie się „Śmiałków Przestrzeni” było ważne, bo wiązało się z kilkoma decyzjami rady drużyny, które określiły funkcjonowanie drużyny przez następnych 20 lat.

Po pierwsze: drużyna zmieniła barwy – od tego momentu nosiła rogatywki i pomarańczowe chusty.[1]

Po drugie: zawsze już było dwóch (dwoje) przybocznych – pierwszy odpowiadał za pracę rady drużyny[2], drugi za szkolenie harcerzy. W okresach, kiedy liczebność drużyny wzrastała, bywał też trzeci przyboczny.

Po trzecie: drużynowy zuchowy wchodził w skład rady „Śmiałków Przestrzeni”. Zwykle pełnił nawet jakąś funkcję w drużynie harcerskiej. Za to do pomocy przy pracy z zuchami angażowane były często zastępy harcerskie i pojedynczy jej harcerze. Drużynowy zuchowy był też zwykle w kadrze obozu harcerskiego, na który wyjeżdżał, oprócz wyjazdu na kolonię zuchową ze swoimi zuchami[3].

Po czwarte: przyjęto zasadę, że zastępy drużyny będą nosiły swój numer na stałe, do momentu rozwiązania.

Po piąte: każdy obóz drużyny miał być organizowany w innym miejscu[4].

Dla budowania więzi w drużynie sporo dobrego zrobiła też SP 133 (w pierwszych latach naszej działalności kierowana przez p. Reinholtz, a potem przez p. Majorkiewicz), przekazując nam na jesieni 1980 nowy sprzęt turystyczny: m.in. cztery namioty, 20 jednakowych plecaków ze stelażem i 20 śpiworów. W czasach, kiedy w sklepach niewiele można było dostać, dar ten miał duże znaczenie. Jednakowe plecaki, z jakimi pojawialiśmy się na różnych imprezach wywoływały powszechną zazdrość. Niektóre egzemplarze tego ekwipunku były używane jeszcze 15 lat później. Wtedy też opiekunką harcerstwa ze strony SP 133 została nauczycielka polskiego, Basia Słodowska, która wspierała nas z wielkim zaangażowaniem do końca swej pracy w tej szkole, wyjeżdżając nawet razem z nami na obozy.

"Piątka" na HBT w Szwecji, w 1981 r.

Następny, 1981 rok był ważny z paru powodów. To był ostatni rok pracy w drużynie jej zasłużonych harcerzy: M. Szumowskiego, M. Leśniczuka, P. Jamroziaka i M. Biegańskiego, którzy tworzyli zastęp z nr 5. Ostatnim ich sukcesem było wygranie letniego HBT w czasie obozu w Ptuszy, w którym startowało wiele zastępów z różnych stron Polski, obozujących wtedy na terenie kilkunastu stanic Wału Pomorskiego. W październiku natomiast „Śmiałkowie Przestrzeni” reprezentowali Hufiec Żoliborz na Jubileuszowym Zlocie Harcerstwa w Krakowie, z okazji 70-lecia powstania harcerstwa. Tam po raz pierwszy mieliśmy okazję spotkać się z harcerzami organizacji innych niż ZHP: NRH i ZHP1918. Wtedy jeszcze były to organizacje nielegalne, działające nieoficjalnie lub półoficjalnie[5].

No i parę dni po 4 święcie drużyny wprowadzono stan wojenny. Wprawdzie działalność ZHP nie została zawieszona, jak innych organizacji społecznych, ale trudno było o normalne funkcjonowanie, między innymi ze względu na godzinę milicyjną. Do tego doszła wyjątkowo ostra zima z dużymi opadami śniegu i sporym mrozem. Ograniczone kontakty interpersonalne (nie działały telefony), stres, dylematy moralne i zapotrzebowanie na ogrom pracy powodowały, że zwłaszcza dla kadry „Śmiałków Przestrzeni” nie były to łatwe dni.

We wrześniu 1982 roku, po 5 latach, zakończyła działalność 120 WDH-ek „Boginie Wszechświata”, a jej harcerki zasiliły drużynę „Śmiałkowie Przestrzeni”. Odtąd, do końca działalności, 120 WDH „Śmiałkowie Przestrzeni” była drużyną koedukacyjną, z wadami i zaletami tego faktu. W związku z tą zmianą, jednym z przybocznych powinna być dziewczyna (pierwszą była Joanna Tuszyńska). Ale nie było z tym problemu – wszystkie kolejne przyboczne dały wiele dobrego tej drużynie.

1983-1985 – Pierwsze większe sukcesy

Początek lat 80. to okres wypracowywania przez drużynę własnych, oryginalnych pomysłów programowych i metodycznych. „Paszport obozowy”, „popis” zastępu[6], „najbardziej demokratyczna rada drużyny”[7], czy rozbudowana obrzędowość[8] powstawały właśnie wtedy. Wtedy też zaczęto nas dostrzegać w hufcu, a niektóre środowiska zaczęły brać z nas przykład. Wtedy też zaznaczyła się najistostniejsza cecha drużyny, czyli jej "wielopokoleniowość". Harcerze młodsi, starsi, wędrownicy (jak dziś się ich nazywa) działali razem, dorastając razem z drużyną. Paweł Pawlik, który zaczynał chyba w 1980 roku, jako zuch w drużynie T. Grabowskiego, został drużynowym "Śmiałków Przestrzeni" w roku 1990. Takich harcerek i harcerzy było wielu[1].

Pierwsza połowa lat 80. to również wyprawy zagraniczne „Śmiałków Przestrzeni”. Najpierw, w lipcu 1982 roku wysłaliśmy jeden zastęp na dwutygodniowy turnus w Tata, na Węgrzech. Niestety, nie zachowały się z tego wyjazdu żadne materiały, poza krótką wzmianką w kronice drużyny.

Kolejnym był wyjazd w lipcu 1983 do Koenigwuesterhausen, w ówczesnej NRD. Tu już było 25 „Śmiałków Przestrzeni”, dlatego relacje w kronice i materiał fotograficzny są znacznie bogatsze.

W lipcu 1984 roku wysłaliśmy aż dwie kilkunastosobowe grupy do Czechosłowacji. Jedna z nich przebywała w m. Vitkovice z Tomkiem Grabowskim, druga w Zdonov z Mariuszem Niewiadomskim. W tym samym roku na naszym obozie w Kujaniu gościliśmy też grupę dzieci z Czechosłowacji.

Wyjazdy te sporo nam dały, bo umożliwiły kontakty z harcerzami z innych hufców (nasze grupy wchodziły w skład większych turnusów) oraz z rówieśnikami z zagranicy. Dla dzieci w tamtym czasie (paszporty nie były swobodnie dostępne, na wszelkie wyjazdy zagraniczne konieczne były wizy, a stan wojenny z wieloma ograniczeniami, wprowadzony w grudniu 1981, został oficjalnie zakończony dopiero wiosną 1983) była to wyjątkowa atrakcja.

Obóz w Rutkach, w 1983 roku, był z kolei pewnym przełomem programowym. Miał bardzo rozbudowaną obrzędowość indiańską[9], w której skład wchodziły też stroje obrzędowe. Taki strój musiał mieć każdy uczestnik obozu, a niektóre z nich były naprawdę bardzo ciekawe. To był jeden z powodów, dla którego amatorską kamerą 8 mm sfilmowaliśmy program na ognisko, opowiadający zamkniętą fabułę obrzędową. Niestety, film ten gdzieś zaginął, ale dzięki niemu na kilku kolejnych obozach wprowadziliśmy do programu „produkcję filmu fabularnego” i te filmy możecie zobaczyć tutaj. Jeden z tych filmów pokazywano nawet w telewizji publicznej w 1986 roku, jako materiał ilustracyjny w programie harcerskim[10].

Dotąd  „Śmiałkowie Przestrzeni” brali udział w letnich wyjazdach jako podobóz w obozie organizowanym przez hufiec lub krąg instruktorski. Ale naszym marzeniem było zorganizowanie stałego obozu samodzielnego, co wtedy nie było „trendy”. Hufiec uważał, że w obozie drużyny weźmie udział zbyt mała liczba uczestników, żeby było to opłacalne ekonomicznie. Zastanawiał się, skąd weźmiemy kadrę instruktorską w takim małym środowisku, etc. etc.  My jednak uważaliśmy, że obóz drużyny to naturalna i najbardziej zdrowa kontynuacja pracy wychowawczej w czasie roku szkolnego, ponieważ biorą w nim udział harcerze znani z codziennej pracy w roku szkolnym. Dlatego systematycznie się do tego przygotowywaliśmy. Kompletowaliśmy sprzęt, przygotowywaliśmy kadrę, zbieraliśmy pomysły programowe. Jednak dopiero w 1984 roku zniknęła ostatnia formalna przeszkoda do organizacji takiego obozu – przyznano mi stopień phm i w ten sposób zdobyłem uprawnienia do samodzielnego prowadzenia placówki wypoczynkowej.

1983 120 gru 02

Pierwszy obóz samodzielny w Czarmuniu, w 1985 r., był pamiętny z wielu powodów. Nie wyszedł do końca tak, jak sobie to wyobrażałem, ale na pewne sprawy nie było rady. Wymagał bardzo dużo poświęcenia i pracy od kadry, ale kadra okazała się być znakomita i to dzięki niej, przede wszystkim, zdaliśmy ten egzamin. Udało nam się rozbić namioty w miejscu, gdzie nigdy wcześniej (ani później) nie organizowano obozów – świadomość tego faktu była mocnym przeżyciem. Bardzo fajnie wyszło zdobnictwo obozowe i całkiem nieźle obrzędowość jako całość[11]. Po raz pierwszy zrealizowaliśmy wtedy wędrówki zastępów „dalekiego zasięgu”[12]. No i wyjazd (i przyjazd) z obozu odbywał się koleją, a nie autokarem, jak wcześniej.

1986-1990 – Jeszcze więcej samodzielności

Chyba w 1986 roku wprowadziliśmy kolejne novum w organizacji obozów: „akcję letnią drużyny”[13]. To był fajny i racjonalny pomysł i kilka środowisk próbowało nas w tym naśladować.

Obóz w Gaju (1988) był pamiętny z popisu pionierki zastępu „Amazonek”[14].

Z kolei na następny obóz w Kierzu, nad jez. Powidzkim (1989) planowo nie zabraliśmy kucharki[15]. Zresztą obóz ten był pamiętny również z kilku innych wydarzeń. Jednym z nich był dojazd (i powrót): najpierw pociągiem do Konina; potem rozkładowym PKS-em do Kosewa, a w końcu piechotą 2 km na miejsce obozowe. Innym – dwudniowa gra terenowa, połączona z przygodnym noclegiem, polegająca na przejęciu przesyłki i dostarczeniu jej na teren obozu[16].

Ale poza obozami także działo się wiele ciekawego. W pewnym okresie  „Śmiałkowie Przestrzeni” byli najlepszą drużyną Hufca Żoliborz, a jej moc podkreślały kolejne wygrane współzawodnictwa. Swoistą perełką były Hufcowe Manewry Techniczno-Obronne (MTO)[17], czy Hufcowy Turniej Zastępów w maju 1986[18].

Bodaj jesienią 1985 roku udało się nam również wygrać Hufcowy Festiwal Kulturalny (poprzednik popularnej teraz w środowisku żoliborskim „Kakofonii”) pokonując dominującą dotąd w tej imprezie 360 WDH-ek ze szkoły muzycznej.

Niestety, ze względu na sprawy osobiste musiałem zrezygnować z prowadzenia drużyny na początku 1990 roku. Przejął ją po mnie dh Paweł Pawlik, który związany był z naszym środowiskiem od początku (zaczynał jako zuch w drużynie „Wikingowie” Tomka Grabowskiego). Jednak tak się złożyło, że nie miał młodszej kadry, na której mógłby się oprzeć i wiedzieliśmy, że następne lata będą ciężkie i dla niego i dla drużyny. Dlatego podstawowym zadaniem dla „Śmiałków Przestrzeni” na początek lat 90. było przetrwanie.

1991-1995 – Przetrwać!

Kolejne lata rzeczywiście nie były proste. Widać to choćby po małej ilości zdjęć z kolejnych obozów (czy wręcz ich braku), czy braku wpisów w kronice drużyny. Ale drużyna dotrwała w mocno okrojonym składzie do roku 1995, kiedy to po obozie w Warchałach znów mogłem się zaangażować w jej działalność. Na początku mój udział był trochę nietypowy: zostałem… zastępowym. P. Pawlik przekazał mi sznur drużynowego dopiero później. Kolejny obóz, w 1996 roku w Lutówku pokazał, że w drużynie nadal jest potencjał.

1996-2000 – Szczyt rozwoju

W końcówce lat 90. szczególnie zaznaczył się regres ZHP i harcerstwa w ogóle. W związku z powstaniem innych organizacji harcerskich liczebność drużyn stale spadała. Internet i elektronika użytkowa zaczęły stanowić konkurencję dla spędzania wolnego czasu przez nastolatki. Bycie harcerzem stawało się „niefajne” wśród nieformalnych zbiorowisk dzieci i młodzieży.

Tym bardziej wzrastała rola wychowawcza harcerstwa, z czego zdawała sobie sprawę i szkoła jako instytucja i rodzice, którzy szukali dla swoich pociech wzorów innych niż serwowane w papce medialnej. Ale trzeba było także dostosować program do nowych czasów, by był wystarczająco atrakcyjny dla harcerzy. Wymagało to nowych aktywności, rozwijanych na szerszą skalę niż dotąd.

Żeby zwiększyć integrację środowiska, jeszcze zimą 1995/1996 postanowiliśmy ujednolicić umundurowanie polowe. Dotychczas używaliśmy czarnych „kangurek”, które jednak osłaniały tylko górę korpusu, a do tego nie zawsze sprawdzały się w grach terenowych. Można było, oczywiście, zakupić potrzebne rzeczy w sklepie z demobilem, ale było to drogie rozwiązanie i nie każdego naszego harcerza było na to stać. Dlatego postanowiliśmy sami uszyć mundur polowy, składający się z kurtki i spodni[19],

Zestawy z pierwszego zamówienia zostały przygotowane na obóz drużyny w 1996 roku, w Lutówku.

Od lutego 1997 roku, wprowadziliśmy zwyczaj wyjazdów zimowych, które wprawdzie nie były zimowiskami sensu stricte (na klasyczne zimowiska nasza drużyna nie jeździła), ale odbywały się w czasie ferii zimowych i trwały około tygodnia. Zwykle odbywała się też wtedy wyjazdowa rada drużyny, na której mieliśmy więcej czasu na dyskusje nad bardziej kontrowersyjnymi pomysłami.

Na pierwszym takim wyjeździe postanowiliśmy poszerzyć bazę rekrutacyjną drużyny. Wybraliśmy SP 77 na warszawskich Młocinach, które leżały w obrębie hufca Żoliborz i gdzie od paru lat nie działało harcerstwo. Lokalizacja ta miała kilka dużych zalet, m.in. duży teren szkolny, porośnięty trawą i drzewami, na którym swobodnie można było prowadzić zajęcia z technik harcerskich. A także bliskość (300 m) Parku Młocińskiego i lasu między Dąbrową Leśną a Wólką Węglową (500 m). Teraz na zwykłej zbiórce drużyny można było zorganizować atrakcyjny bieg terenowy, czy rozpalić ognisko bo oba te kompleksy leśne miały tereny do tego przeznaczone. Wadą była spora odległość od naszej dotychczasowej siedziby, bo dojazd był możliwy tylko dwoma, rzadko jeżdżącymi autobusami i trwał wtedy ok. 30 minut. Zbiórki zastępów (raz w tygodniu) odbywały się w obu szkołach jednocześnie. Zbiórki drużyny (raz na miesiąc) na zmianę: albo w SP 133, albo w SP 77. Obóz w 1997 roku, w Wenecji, był pierwszym, na który pojechali uczniowie SP 77.

Natomiast w grudniu 1997 na uroczystej zbiórce w SP 77 obchodziliśmy 20-lecie działalności „Śmiałków Przestrzeni”.

2000-2005 – Ostatnie lata

Obóz w Ostrówkach w 2000 roku był ostatnim obozem „Śmiałków Przestrzeni”, na którym byłem. Zresztą był to obóz ponownie reaktywowanego w 1999 roku Szczepu 120 WDHiZ, którego zostałem komendantem. Okazało się bowiem, że drużyna zbyt się rozrosła, żeby mogła funkcjonować. Zrzeszała ok. 70-80 harcerek i harcerzy, co utrudniało poprawne działanie podstawowych harcerskich zasad wychowawczych, jak np. rola wzorca osobowego. Poza tym do drużyny należeli już uczniowie nie 2. ale 4. szkół i „ogarnięcie” wszystkich zbiórek kilkunastu zastępów było przez drużynowego wręcz niemożliwe. Dlatego dokonaliśmy podziału na 3 drużyny, a jedna z nich kontynuowała tradycje „Śmiałków Przestrzeni” w Szkole Podstawowej 133. Jej drużynowym został Michał Piotrowski. W Ostrówkach każda z tych 3 drużyn miała swój podobóz[20].

Ponieważ w końcu 2000 roku, po obozie w Ostrówkach, musiałem wycofać się z pracy w harcerstwie, ostatnie lata „Śmiałków Przestrzeni” powinien opisać ktoś inny. Ja odwiedziłem tylko ich obóz w 2001 roku w Czarlinie (komendantem był Maciek Elget) i potem w 2002 w Kruklankach (początkowo komendantem był "Sprężyna") i dlatego jest po kilka fotek z tych wyjazdów. Obozy te jednak odbywały się w ramach zgrupowań hufcowych – bo Szczep 120 ponownie rozwiązano – i nie były zbyt liczne.

Być może ktoś, po obejrzeniu tej strony przypomni sobie o jakichś fotkach lub klipach z ostatnich lat działalności "Śmiałków Przestrzeni", których ja już nie dokumentowałem i zechce mi je przekazać. Chętnie uzupełnię tę stronę o takie materiały.

Druszak

 

[1] Zmiana kolorów drużyny nie była łatwą decyzją, bo już zaczęliśmy się przyzwyczajać do brązowej barwy. W Szczepie 120, który właśnie rozwiązano, byliśmy jedyną drużyną mającą własne barwy. Inne drużyny środowiska nosiły pomarańczowe chusty. No i właśnie okazało się, że ten pomarańczowy, to pamiątka koloru drużyny patrona Szczepu, Alka Dawidowskiego (należał do 23 WDH, tzw. „Pomarańczarni”). W związku z tym, że „Śmiałkowie Przestrzeni” stawali się teraz głównym elementem „środowiska” 120, powinni przejąć „w spadku” po Szczepie zarówno Patrona (do którego średnio pasowała obrzędowość drużyny – ale tej nie chcieliśmy już zmieniać, bo bardzo ładnie się rozwijała), jak i kolor chust.

[2] Z czasem rada 120 WDH-y „Śmiałkowie Przestrzeni” zaczęła pracować jako zastęp, pod nazwą „Kolumbowie”, z własnym proporczykiem i planem pracy, a I przyboczny był jej zastępowym.

[3] Ten pomysł akurat nie za bardzo się sprawdził, a raczej sprawdził się tylko w ciągu pierwszych 2-3 lat. W zamierzeniu miał bardziej integrować gromady zuchowe z drużyną harcerską, a kadrze zuchowej umożliwiać również pracę instruktorską innego typu niż zuchowa. Dokąd zuchami zajmował się u nas Tomek Grabowski, wszystko działało. Później mieliśmy problemy z utrzymaniem gromad zuchowych, a wybitnie nie sprzyjał temu fakt, że nie byliśmy w stanie zorganizować kolonii zuchowych przy naszych obozach samodzielnych.

[4] Tę zasadę udało się utrzymać aż do roku 2002, kiedy to 120 WDH „Śmiałkowie Przestrzeni” ponownie obozowała w Kruklankach, o 100 m od miejsca swego pierwszego obozu z 1978 roku.

[5] Przy tej okazji zauważyliśmy, że harcerze z tych organizacji oraz harcerze Krakowskiej Chorągwi ZHP noszą przy mundurach tradycyjne guziki metalowe z lilijką. Oficjalny ówczesny regulamin mundurowy ZHP przewidywał guziki plastikowe koloru khaki z matowym „piaskiem”. Chcieliśmy mieć takie tradycyjne już wcześniej, ale problem polegał na tym, że w Warszawie nie można ich było dostać. Wtedy pokazano nam obok krakowskiego rynku sklep, w którym takie guziki można było kupić. Dzięki temu nabyliśmy pierwszą ich partię, a potem co jakiś czas ktoś z nas jeździł do Krakowa aby uzupełniać zapasy. W końcu ZHP zmienił regulamin mundurowy i guziki z lilijką pojawiły się już w sklepach Składnicy Harcerskiej.

Zresztą historia z tymi guzikami przypomina, jak trudno w ówczesnych realiach można było coś kupić. Innym deficytowym artykułem mundurowym były czarne kangurki. W pewnym momencie w Warszawie i okolicach po prostu ich nie było. Żeby kupić kilkanaście sztuk dla harcerzy przed obozem trzeba było jechać do Gliwic.

[6] „Paszport obozowy” to zbiór wymagań, które nasz harcerz powinien spełnić, żeby móc wyjechać na obóz letni. Wśród wymagań było m.in. skompletowanie ekwipunku indywidualnego i umundurowania, zdobycie kilku sprawności, uczestnictwo w wydarzeniach turystycznych, nauczenie się kilku nowych piosenek etc. Wymagania te były skorelowane z wymaganiami prób na stopnie i sprawności, żeby spełnienie jednego z nich było równoznaczne ze spełnieniem wymagania na jakąś sprawność, czy stopień. Wymagania co pewien czas zmienialiśmy, dostosowując je do średniego wieku i stażu harcerzy. Stan realizacji wymagań był pokazywany na sporej planszy w harcówce, co spowodowało przeobrażenie „Paszportu” w jakąś formę indywidualnego współzawodnictwa. Pomysł ten funkcjonował przez wiele lat i się sprawdził.

„Popis” zastępu to demonstracja stanu gotowości do samodzielnego działania. Ustalano termin, w którym zastęp powinien się stawić na zbiórce drużyny w pełnym, regulaminowym umundurowaniu i ekwipunku. Nazwa pochodziła od „popisów” polskich jednostek wojskowych, jakie odbywały w XVI i XVII wieku.

[7] Tak nazwał naszą radę drużyny późniejszy komendant hufca Żoliborz, Darek Brzuska (jako harcerz był ze „Śmiałkami Przestrzeni” na obozie nad jez. Licheńskim w 1980 roku), kiedy zapoznał się z zasadami jej funkcjonowania, wypracowanymi właśnie na początku lat 80.

[1] Szczerze mówiąc, nie rozumiem idei współczesnego podziału harcerstwa na drużyny młodsze, starsze, wędrownicze etc.(3 poziomy!), poza chęcią dostosowania się do struktury placówek oświatowych. Owszem, słyszałem argumenty, że podział powinien być związany z cechami psychofizycznymi występującymi na określonym etapie rozwoju, że łatwiej jest adresować przekaz do grupy dzieci w podobnym wieku itp. Moim zdaniem harcerska praca wychowawcza więcej na tym traci niż zyskuje. Taki podział, zwłaszcza sztywno stosowany powoduje, że znika podstawowy element wychowania skautowego, wskazany jeszcze przez Baden-Powella: zanika instytucja „starszego brata”. Bo żeby „starszy brat” stał się autentycznym autorytetem dla młodszego dziecka, muszą oni być ze sobą znacznie dłużej niż rok, czy dwa i muszą razem dorastać, osiągając kolejne, właściwe dla siebie poziomy rozwoju. Zasada ta jest ważna przede wszystkim dla młodszych harcerzy. W naszej drużynie było bardzo dobrze widać pozytywne efekty jej funkcjonowania, ponieważ "Śmiałkowie Przestrzeni" zaczynali jako drużyna młodszoharcerska. A i szkoła, przy której działaliśmy (a później i druga) nie miały większych problemów z zaakceptowaniem takiego stanu.

[8] Obrzędowość „Śmiałków Przestrzeni” do połowy lat 80. została zebrana i opisana w artykule zamieszczonym w miesięczniku „Drużyna – Propozycje”….

[9] Obrzędowość tego obozu została opisana w artykule zamieszczonym w miesięczniku „Drużyna – Propozycje” z czerwca 1983 roku

[10] W 1984 roku, na obozie w Kujaniu, jako obrzędowość wybraliśmy czasy Robin Hooda. Nakręciliśmy wtedy film „Robin Hood”, w którego powstanie zaangażowany był – w takiej, czy innej formie – cały obóz. A gdy odbywała się olimpiada sportowa zgrupowania, występowaliśmy pod angielską flagą. Zbudowaliśmy wtedy bardzo fajną bramę obozową, jak brama średniowiecznego zamku, z podnoszoną kratą.

Obóz zlokalizowany był nad jez. Borówno, które składało się jakby z dwóch akwenów połączonych wąską, ok. 50-metrowej szerokości cieśniną. Gdy zorganizowaliśmy obozowy HBT, jedną z przeszkód było przepłynięcie tej cieśniny na drewnianej tratwie. Tratwa unosiła 2-3 harcerzy, a wprawiało się ją w ruch ciągnąc linę. Oczywiście, ratownik asekurował każdorazową załogę tratwy, płynąc w pobliżu łódką, ale i tak emocji nie brakowało.

[11] Obrzędowość tego obozu została opisana w artykule zamieszczonym w miesięczniku „Drużyna – Propozycje”…

[12] Zwykle w trakcie obozu organizuje się jeden, czasem dwa piesze rajdy, które mają na celu umożliwienie lepszego poznania regionu i odbywają się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od obozu. Ponieważ byliśmy drużyną samodzielną, a zastępowi zwykle byli starsi od swoich podwładnych, postanowiliśmy dać większą samodzielność zastępom w organizowaniu wypraw na obozie. Wtedy po raz pierwszy dwa nasze zastępy same zaplanowały sobie wędrówkę, której cel znajdował się w odległości ponad 100 km od obozu. Teraz to może nie byłby duży wyczyn, ale spróbujcie zorganizować takie przedsięwzięcie przy nieistniejącym jeszcze Internecie, telefonii komórkowej, czy braku radia CB. Potraktowaliśmy to jako eksperyment programowy, który sprawdził się bardzo dobrze i później, na każdym z kolejnych obozów wszystkie zastępy organizowały sobie takie wędrówki. W czasie obozu w Lutówku (1996), czy Dzwonowie (1998) trasy wędrówek biegły już w odległości 200-250 km od obozu i to w rozbieżnych kierunkach (Wolin, Malbork, Biskupin, Bory Tucholskie).

[13] Nasze stałe obozy letnie odbywały się zawsze w sierpniu – był tylko jeden wyjątek, w 1980 roku – i trwały 24-26 dni. Do tego terminu przyzwyczajeni byli również rodzice harcerzy i szkoła, której pracownicy czasem jeździli z nami jako kadra gospodarcza. Taki termin miał bardzo wiele zalet, ale miał też wady. Jedną z poważniejszych była niemożność uczestniczenia naszych harcerzy w obchodach rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego i odwiedzenia w tym dniu kwatery Szarych Szeregów na Powązkach. Dla harcerzy warszawskich, do tego z drużyny, która za patrona miała Alka Dawidowskiego, to nie była komfortowa sytuacja. Jednak na początku nasze obozy stanowiły część większych zgrupowań i niewiele można z tym było zrobić, bo zgrupowania sierpniowe zwykle wymieniały się na terenach obozowych ze zgrupowaniami lipcowymi. W związku z tym wyjeżdżaliśmy zwykle pod koniec lipca, gdy kończył się poprzedni turnus, który wracał naszym transportem. Dopiero, gdy zaczęliśmy organizować obozy samodzielne, pojawiła się możliwość wyjazdu kilka dni później, już w sierpniu. Wtedy też wymyśliliśmy „akcję letnią” drużyny, która zaczynała się pod koniec lipca pakowaniem sprzętu na samochód i wyjazdem kwaterki, potem udziałem uczestników 1.08. w rocznicy wybuchu Powstania na warszawskich Powązkach, dalej wyjazdem i uczestnictwem w obozie stałym, a kończyła rozpakowywaniem przywiezionego sprzętu w magazynie.

[14] Na trzydniową Robinsonadę „Amazonki” zbudowały szałas, którego podłoga znajdowała się na wysokości 1,5 m nad ziemią, a kryty był strzechą z ziół. Do tego w konstrukcji nie użyto ani jednego gwoździa, a tylko linki bawełniane. Nie ścięto też żadnego żywego drzewka. Faktem jest, że końcowy etap zakładania strzechy wspomagało kilku innych harcerzy spoza zastępu, bo jednak czynność ta okazała się zbyt pracochłonna, jak na możliwości 5 dziewcząt, ale efekt końcowy był rewelacyjny.

[15] Ten pomysł w Hufcu nam odradzano. Ostatecznie uspokoiliśmy Hufiec obietnicą, że jeśli będzie źle, to zatrudnimy jako kucharkę kogoś na miejscu. W założeniu miał to być test samodzielności i dojrzałości zastępów i zastępowych. Każdy z 6 zastępów przed obozem miał przygotować cztery warianty dziennego menu i przećwiczyć przed wyjazdem ugotowanie przewidzianych w nim obiadów. Te propozycje z drobnymi poprawkami wstawiliśmy do obozowej dokumentacji żywieniowej. Na miejscu zwykle wystarczył nadzór instruktora służbowego by posiłki przygotowywane były bezproblemowo. Zdarzały się czasem sytuacje kryzysowe i wtedy do kuchni trafiał dodatkowo jakiś kadrowicz do pomocy, ale były rzadkie. Najwięcej pracy i stresu wymagało nie tyle przygotowywanie posiłków, ile utrzymanie czystości w kuchni. Ale widocznie daliśmy radę, bo odwiedzający nas San-Epid nie miał zastrzeżeń, a jedynie drobne uwagi.

[16] Na tym obozie zdarzył się jeszcze jeden ważny, ze względów wychowawczych przede wszystkim, przypadek.

Ponieważ nasze obozy były dość drobiazgowo przygotowywane, a brały w nich udział dzieci na co dzień działające w drużynie w ciągu roku, zostawialiśmy im sporo swobody. Specyfiką naszej drużyny było też to, że z reguły zastępowy był starszy o 2-3 lata od swoich harcerzy, a zastępy jeździły na obozy w takim składzie, jak pracowały w ciągu roku. Dzięki temu wiadomo było czego po kim można się było spodziewać. Na spotkaniach przedobozowych z rodzicami informowaliśmy ich zarówno o programie obozu, jak i wymaganiach w stosunku do postawy harcerzy. M.in. uprzedzaliśmy, że jest parę przewinień, za które odsyłamy karnie uczestnika do domu. Jednym z nich była kąpiel bez zezwolenia. Aż do tego roku nie musieliśmy egzekwować tej kary wobec nikogo. W czasie Robinsonady, gdy zastępy samodzielnie biwakowały we własnoręcznie zbudowanych szałasach, często kadra przeprowadzała inspekcje, żeby na bieżąco sprawdzać, jak sobie harcerze radzą (dziś taka impreza pewnie nie jest dozwolona bez stałej kontroli wychowawczej, a to już nie to samo, jeśli chodzi o wyrabianie samodzielności). I pech chciał, że zauważyłem kilku harcerzy z dwóch zastępów brodzących w jeziorze prawie po pas. Nie kąpali się, nie pływali, ale weszli do wody dużo głębiej, niż pozwalaliśmy im przy okazji mycia. W efekcie musiało wyjechać do domu chyba 7, czy 8 chłopców. Jednym z nich był syn małżeństwa, które pełniło na tym obozie funkcje kierowcy i zaopatrzeniowca. Nie byli zachwyceni tą sytuacją. Ale trzeba było być konsekwentnym, chociaż mnie też wiele to kosztowało. Najbardziej byłem ciekaw, jak odbiorą tę karę winowajcy. Okazało się, że właściwie, bo tylko jeden z nich przestał przychodzić później na zbiórki.

[17] To były dość trudne zawody, obejmujące techniki harcerskie, jak terenoznawstwo, pierwszą pomoc przedmedyczną, łączność oraz dodatkowo umiejętności z zakresu obrony cywilnej.  Do tej imprezy środowiska żoliborskie wystawiały jeden, czasem dwa patrole. Część środowisk nie brała w nich udziału, ze względu na brak możliwości przygotowania się. „Śmiałkowie Przestrzeni” wystawili aż cztery patrole. Wśród stawki 23 zespołów zajęliśmy pierwsze 3 miejsca oraz 5. W nagrodę otrzymaliśmy kilka namiotów i reprezentowaliśmy Hufiec Żoliborz na MTO Chorągwi Stołecznej.

[18] Turniej ten wygrał nasz zastęp „Amazonki Podniebnego Świata” Doroty Pawlak.

[19] Znaleźliśmy krawcową, która za przystępną cenę zgodziła się nam szyć zestawy mundurowe. Materiał bawełniany w oryginalnym wzorze maskującym kupowaliśmy w tkalni w Zambrowie. Mundur ten był łatwy do wyprania, a kamuflaż bardzo skuteczny, co potwierdziło wiele gier terenowych.

[20] Na tym obozie zorganizowaliśmy trzydniowy spływ kajakowy całego zgrupowania, jako jedną z wędrówek. Spływ odbywał się Drwęcą. Poza tym odbyły się tradycyjne trzydniowe wędrówki „dalekiego zasięgu”.

HISTORIA

OBRAZKOWA

 

1978 085 sie wrz 14 tytul 640

 

 

 

 

 

 

1981 081 sie 16 tyt 640

 

 

 

 

 

 

1983 006 lip 06 tytul 640

 

 

 

 

 

 

1989 081 sie 19 tytul 640

 

 

 

 

 

 

Gant 18 tytul 640

 

 

 

 

 

 

DZWON 38 tytul 640

 

 

 

 

 

 

2002 080 sie 21 tytul 640